Nawet nie wiedziałem, że jakoś to łatwo wszystko popłynie.
Nawet nie przeszkadza mi, że nie mam się jak zatrzymać w jednym miejscu przez więcej niż tydzień. Dosłownie. Ale i dziękuję.
O "fantastycznym, nowym życiu" nie ma co jeszcze mówić, ale jeśli Los nie czeka za którymś rogiem z łopatą w ręcę, z łopatą przygotowaną, żeby mi nią przyjebać i tym samym przerwać moje beztroskie utykanie... To wszystko idzie ku lepszemu.
Oprócz braku słów. Ale i cisza bywa dobra.
/
To już dzisiaj. Ale dzisiaj nie potrafię jeszcze spojrzeć w przeszłość... Jeszcze nie, może za kilkanaście godzin. Może.
A jeśli nie - to tylko data, tylko kolejna rocznica. I tak wiem, co noszę w sobie.
/
Chcę znowu być naiwnym, infantylnym, rozmarzonym. Znowu patrzeć w gwiazdy, znowu wierzyć.
Na wszystko przyjdzie czas, albo i nie.
Pył na wietrze. ;]
sobota, 26 lipca 2008
środa, 16 lipca 2008
Khyyyrwa
No i stało się. Świat wykonał dzisiaj przeciwko mnie straszną zbrodnię!
A może to nie świat.
W każdym razie, zacznijmy, jak to przystało od początku.
Wyobrazić sobie, kurwa, Michasia, świeżo upierdolonego przyszłego studenta filozofii, jadącego po nieprzespanej pochlej-karaoke-opowieści o wojsku-nocy, jadącego kurwać tramwajem zawieźć dokumenty, z wielkim alkoholowym chuchem (tzn nie dokumenty). Tak więc za ostatnie pieniądze ("za ostatni grosz..." - ach to karaoke, tzn tej piosenki akurat nie było) bilety, dwa po złotówce, jadę sobie do Gdańska Głównego. A w Gdańsku idę taki nieogarnięty do wydziału bla bla bla. Przychodzę do wydziału, przed wejściem przezornie sprawdzam kartki przyklejone na drzwiach i jest! Jakby piorun z nieba pierdolnął. Środa: 17-19. To znaczy.
-wydałem ostatnie pieniądze na podróż, która tylko zabrała mi czas.
-zmęczyłem się
-mogłem sobie smacznie i pięknie spać aż do 16... Teraz tylko legnę na 3 godziny.
-kiedy wracałem, rozjebał się tramwaj i stał w Centrum z 10 minut, kiedy ja już skasowałem bilet...
-w tramwaju były piękne kilkuletnie paskudztwa, drące się na przemian, jakby ćwiczyły to od poranka.
W zwyczajnych warunkach przełknąłbym to wszystko i byłoby ok. Ale kiedy w brzuchu się kotłuje, od tego wrzasku łeb zaczyna wydawać sygnały "michał, michał, czas na reset", a oczy szczypią i wysychają. Nie mówiąc już o braku śliny w gardle. Wtedy kurwa pojawia się "najokropniejsze z wszystkich pytań: po co?!".
Generalnie dzień nie rozpoczął się pięknie, piszę na świeżo, więc wybaczyć proszę formę, błędy i niestyczności, idę zaraz pod prysznic i jebnąć się spać. Ale mimo wszystko nie narzekam. Jest ok. :)
A może to nie świat.
W każdym razie, zacznijmy, jak to przystało od początku.
Wyobrazić sobie, kurwa, Michasia, świeżo upierdolonego przyszłego studenta filozofii, jadącego po nieprzespanej pochlej-karaoke-opowieści o wojsku-nocy, jadącego kurwać tramwajem zawieźć dokumenty, z wielkim alkoholowym chuchem (tzn nie dokumenty). Tak więc za ostatnie pieniądze ("za ostatni grosz..." - ach to karaoke, tzn tej piosenki akurat nie było) bilety, dwa po złotówce, jadę sobie do Gdańska Głównego. A w Gdańsku idę taki nieogarnięty do wydziału bla bla bla. Przychodzę do wydziału, przed wejściem przezornie sprawdzam kartki przyklejone na drzwiach i jest! Jakby piorun z nieba pierdolnął. Środa: 17-19. To znaczy.
-wydałem ostatnie pieniądze na podróż, która tylko zabrała mi czas.
-zmęczyłem się
-mogłem sobie smacznie i pięknie spać aż do 16... Teraz tylko legnę na 3 godziny.
-kiedy wracałem, rozjebał się tramwaj i stał w Centrum z 10 minut, kiedy ja już skasowałem bilet...
-w tramwaju były piękne kilkuletnie paskudztwa, drące się na przemian, jakby ćwiczyły to od poranka.
W zwyczajnych warunkach przełknąłbym to wszystko i byłoby ok. Ale kiedy w brzuchu się kotłuje, od tego wrzasku łeb zaczyna wydawać sygnały "michał, michał, czas na reset", a oczy szczypią i wysychają. Nie mówiąc już o braku śliny w gardle. Wtedy kurwa pojawia się "najokropniejsze z wszystkich pytań: po co?!".
Generalnie dzień nie rozpoczął się pięknie, piszę na świeżo, więc wybaczyć proszę formę, błędy i niestyczności, idę zaraz pod prysznic i jebnąć się spać. Ale mimo wszystko nie narzekam. Jest ok. :)
poniedziałek, 14 lipca 2008
?
Demoiselle de grossièreté, irresponsabilité et mauvaise influence.
Et son fidèle corniaud.
Incroyable.
:D
Et son fidèle corniaud.
Incroyable.
:D
wtorek, 8 lipca 2008
poniedziałek, 7 lipca 2008
painkiller
Tell me who is next?
And who was the last one?
No word to disturb this endless beauty,
a single thought will prove me wrong!
A single thought will prove me wrong
as if it was my last one!
Come see, without the color
there`s nothing left to love.
Say good-bye to all your memories
Don`t ask me why!
I count my yesterdays.
Soul surgery, electric dream treatment,
eyes turned blind that once could see...
Es gibt kein zweites wiedersehen
im schlaf, mein bruder
Wirst du mich schon verstehen
bevor ein neuer tag vergeht, nur du...
Fangst du mir einen traum.
So please be quiet in this room,
this is a place of silence.
And who was the last one?
No word to disturb this endless beauty,
a single thought will prove me wrong!
A single thought will prove me wrong
as if it was my last one!
Come see, without the color
there`s nothing left to love.
Say good-bye to all your memories
Don`t ask me why!
I count my yesterdays.
Soul surgery, electric dream treatment,
eyes turned blind that once could see...
Es gibt kein zweites wiedersehen
im schlaf, mein bruder
Wirst du mich schon verstehen
bevor ein neuer tag vergeht, nur du...
Fangst du mir einen traum.
So please be quiet in this room,
this is a place of silence.
.
Uczę się na nowo oddychać, boli już od tego gardło, wysychają śluzówki, rzężą płuca.
Nie tworzę się na nowo.
Nie uczę się oddychać.
Oddycham tym samym, starym, skażonym powietrzem.
Nie oddycham tym samym, starym, skażonym powietrzem.
Już.
Już nigdy nie będę oddychał tym powietrzem.
Tworzę się na nowo.
Każda myśl, każde słowo, każdy gest.
Na nowo.
Nie może inaczej, nie może. Oj, nie.
Nie mogę inaczej.
Jest jedna droga, iść przez nią, nie rozglądać się, przystawać tylko czasami na odpoczynek, nie widzieć innych przechodniów, patrzeć się przed siebie, iść tak, aż dojdzie się do rozwidlenia i drogowzkazu, mówiącego "to już".
I wybrać.
I znowu.
Znowu.
Inny głos, inny szept, inny zapach.
Inne serce, zabrudzone na inne kolory.
Inny ból.
Ten sam... gnój?
Nie czytać liter do góry nogami.
Nie tworzę się na nowo.
Nie uczę się oddychać.
Oddycham tym samym, starym, skażonym powietrzem.
Nie oddycham tym samym, starym, skażonym powietrzem.
Już.
Już nigdy nie będę oddychał tym powietrzem.
Tworzę się na nowo.
Każda myśl, każde słowo, każdy gest.
Na nowo.
Nie może inaczej, nie może. Oj, nie.
Nie mogę inaczej.
Jest jedna droga, iść przez nią, nie rozglądać się, przystawać tylko czasami na odpoczynek, nie widzieć innych przechodniów, patrzeć się przed siebie, iść tak, aż dojdzie się do rozwidlenia i drogowzkazu, mówiącego "to już".
I wybrać.
I znowu.
Znowu.
Inny głos, inny szept, inny zapach.
Inne serce, zabrudzone na inne kolory.
Inny ból.
Ten sam... gnój?
Nie czytać liter do góry nogami.
piątek, 4 lipca 2008
.
Oswoić się z samotnością. Zapoznać się z samotnością. Widywać się z samotnością. Bawić się z samotnością. Gonić za samotnością. Zaprzyjaźnić się z samotnością. Kochać się z samotnością. Ożenić się z samotnością.
Być samotnością?
"Funkcjonuje w wymiarze temporalnym – może być chroniczna, albo występować przejściowo(...)"
Chroniczna, chroniczna, chroniczna, kusząca.
Nie wystarczy.
Stała. Niezmienna. Permanentna, na ile tylko może być, będąc jednocześnie pojęciem abstrakcyjnym.
?
"(...)uruchamiając spiralę efektów – niska samoocena prowadzi do braku zaufania (do innych oraz do własnych możliwości), co wyzwala unikanie kontaktów społecznych, a to implikuje samotność, wynikiem której jest utrwalenie się niskiej samooceny"
Nie uciekać już! Nie uciekać...
Nie bać się.
Nie walczyć? Poddać się? Walczyć. O samotność?
Czerń. Chciałbym więcej.
Nie wiem, czego.
Być samotnością?
"Funkcjonuje w wymiarze temporalnym – może być chroniczna, albo występować przejściowo(...)"
Chroniczna, chroniczna, chroniczna, kusząca.
Nie wystarczy.
Stała. Niezmienna. Permanentna, na ile tylko może być, będąc jednocześnie pojęciem abstrakcyjnym.
?
"(...)uruchamiając spiralę efektów – niska samoocena prowadzi do braku zaufania (do innych oraz do własnych możliwości), co wyzwala unikanie kontaktów społecznych, a to implikuje samotność, wynikiem której jest utrwalenie się niskiej samooceny"
Nie uciekać już! Nie uciekać...
Nie bać się.
Nie walczyć? Poddać się? Walczyć. O samotność?
Czerń. Chciałbym więcej.
Nie wiem, czego.
.
The Master says that Satan too shall be forgiven
Forgiven
And suffering before
We suffer too
Here’s sixpence, here’s sixpence
Go and play and play
In the flaky pale fields that still are somehow this land
And spend oh spend your life away
Spend your spend your night
Away
And waste and waste your life away
Under the bright starlight
Under your yew boned arch light body
You are dead under this shitstained sky
You are dead under the loveless muddy almoststars
You are dead under the sleeping closed eyes of the bhagavan
You are dead under the road and the track and the path
Along the green grass slipping away
Along the snaking way
You are deady, deady
Deadly, deady
Dead
Goodnight
The lights are dead and so are you
The light is dead and so are you
Forgiven
And suffering before
We suffer too
Here’s sixpence, here’s sixpence
Go and play and play
In the flaky pale fields that still are somehow this land
And spend oh spend your life away
Spend your spend your night
Away
And waste and waste your life away
Under the bright starlight
Under your yew boned arch light body
You are dead under this shitstained sky
You are dead under the loveless muddy almoststars
You are dead under the sleeping closed eyes of the bhagavan
You are dead under the road and the track and the path
Along the green grass slipping away
Along the snaking way
You are deady, deady
Deadly, deady
Dead
Goodnight
The lights are dead and so are you
The light is dead and so are you
wtorek, 1 lipca 2008
umieranie?
Czasem zastanawiam się, czy życia nie traktować łatwiej jako umieranie. Umieranie mnie fascynuje, o umieraniu mógłbym książki pisać.
Nie, nie dramatyzuję, piszę w dobrym nastroju, nic takiego mi nie jest.
Ta możliwość zmiany perspektywy mnie przyciąga. I nie sądzę, że umieranie to pojęcie zbliżone do śmierci. Czasem odległe i przez dziesiątki lat. W pewnym sensie każdy umiera przez każdą sekundę swojego zbliżania się do śmierci. Ale nie o śmierci chciałbym pisać. Napiszę o życiu - chcemy żyć, Musimy żyć, Musimy czerpać z życia, Musimy nabrać jak najwięcej dla siebie, Musimy być "fajni". Umieranie zna tylko jeden przymus. A i nie ma w tym nieszczęścia, można ten proces zagospodarować na swoją modłę, być szczęśliwym! Tak sądzę.
I sądzę, że gdyby ludzie to dostrzegali, byliby życzliwsi, uczciwsi, mieliby do siebie szacunek. I znowu, nie chodzi mi o jakąś karmiczno-niebiańską papkę "czyń dobrze, zrobią ci dobrze po śmierci", nie. Po prostu uświadomilibyśmy sobie, że wszyscy, bez wyjątku, tkwimy w tym samym gównie. I to nas łączy, pomimo wszelkich różnic. A czy bylibyśmy (zastanawiałem się nad "byliby") szczęśliwi? No, zadowoleni z umierania, czerpaliby z umierania? Myślę, że gdyby poradzili (byśmy?) sobie z tą świadomością, zaprzyjaźnili (byśmy?) się z tą świadomością i wyszli z nią w świat, to myślę, że i owszem.
Jednakże nigdy nie miałem zapędów moralizatorskich, więc ta notka jest dla mnie dość... nieporęczna. Za to perspektywa umierania jest poręczna jak najbradziej.
Umieram, nie wiem, jak długo to potrwa, ale jest mi z tym całkiem dobrze. ;]
Nie, nie dramatyzuję, piszę w dobrym nastroju, nic takiego mi nie jest.
Ta możliwość zmiany perspektywy mnie przyciąga. I nie sądzę, że umieranie to pojęcie zbliżone do śmierci. Czasem odległe i przez dziesiątki lat. W pewnym sensie każdy umiera przez każdą sekundę swojego zbliżania się do śmierci. Ale nie o śmierci chciałbym pisać. Napiszę o życiu - chcemy żyć, Musimy żyć, Musimy czerpać z życia, Musimy nabrać jak najwięcej dla siebie, Musimy być "fajni". Umieranie zna tylko jeden przymus. A i nie ma w tym nieszczęścia, można ten proces zagospodarować na swoją modłę, być szczęśliwym! Tak sądzę.
I sądzę, że gdyby ludzie to dostrzegali, byliby życzliwsi, uczciwsi, mieliby do siebie szacunek. I znowu, nie chodzi mi o jakąś karmiczno-niebiańską papkę "czyń dobrze, zrobią ci dobrze po śmierci", nie. Po prostu uświadomilibyśmy sobie, że wszyscy, bez wyjątku, tkwimy w tym samym gównie. I to nas łączy, pomimo wszelkich różnic. A czy bylibyśmy (zastanawiałem się nad "byliby") szczęśliwi? No, zadowoleni z umierania, czerpaliby z umierania? Myślę, że gdyby poradzili (byśmy?) sobie z tą świadomością, zaprzyjaźnili (byśmy?) się z tą świadomością i wyszli z nią w świat, to myślę, że i owszem.
Jednakże nigdy nie miałem zapędów moralizatorskich, więc ta notka jest dla mnie dość... nieporęczna. Za to perspektywa umierania jest poręczna jak najbradziej.
Umieram, nie wiem, jak długo to potrwa, ale jest mi z tym całkiem dobrze. ;]
Subskrybuj:
Posty (Atom)