Urodziłem się niespokojny duchem. A teraz ten duch mota się, bije w ściany swojej więziennej celi, którą nieopatrznie zbudowałem. Tego parszywego marazmu, strachu przed działaniem, niemocy, martwej stabilności.
Usłyszałem kilka prostych słów - że za dużo myślę, za mało żyję. Stwierdziłem to już dawno i pewnie dlatego przestałem na ten temat... myśleć. Teraz, usłyszane z ust drugiej osoby uderzyło mnie, to cholerna prawda.
A i prawda jest taka - rodzisz się, żyjesz, umierasz. Nigdy nie chciałem żałować żadnej rzeczy, którą zrobiłem, nigdy nie chciałem "namieszać". Zawsze bałem się - o siebie i o ludzi. Zawsze bałem się ludzi, nie chciałem nikogo swoimi działaniami urazić, nie chciałem działać przeciwko komuś, nawet gdy było to potrzebne. A przede wszystkim nie chciałem zabiegać o ludzi, bałem się chyba. I w ten sposób mało kto zabiegał i o mnie.
Każde działanie zależy od innych osób - nie ma ich, nie ma działania.
Moje działania były z góry skazane na porażkę, bo źle do nich podchodziłem.
Chciałbym, żeby ktoś wytłumaczył mi, jak powinienem...
Niespokojny duch, ciągle.
Chciałbym przeżyć jeszcze kilka chwil, których nie zapomnę.