"Kochasz ją, kochasz!" - zdały się wykrzykiwać płatki śniegu, uderzając jednocześnie w moją twarz - zziębniętą już i tak doszczętnie. Te zimowe spacery, tyle spraw do przemyślenia. I las, biały teraz, biały i czysty jak rękawiczki chirurga. I owy las zdawał się wykonywać operację na mojej psyche. Przecinał najbardziej szczere zapewnienia, otwierał mnie i wyciągał na wierzch bolesne wspomnienia. Bez znieczulenia.
"Kochasz, ona jedyną!" - szumiały drzewa, wcale nie złowieszczo. Błagalnie raczej, jakby od tego zależało ich zdrętwiałe życie, jakby to moja miłość miała spowodować powrót liści na ich gałęzie.
I w miłosnym nakazie wydawały się milczeć nawet i moje ręce. Zziębnięte do kości zdrajczynie, przeczesując włosy moje, niezgrabnie imitując jej ręce...
"Bo to ona najbardziej delikatna, niematerialna i odległa, prawie jak duch. Duch, który nie straszy, zwiastuje jedynie szczęście nadchodzącej wiosny. I przynosi je w końcu, ona miała być moim szczęściem, jakkolwiek by to szczęście nazywać, moim wymarzonym wyniesionym ponad wszystko cierpieniem, obietnicami, że się nie opuścimy, aż do... I wspólnymi wieczorami przy kominku."
A chwilę później ręce owe wrzynając się kurczowo paznokciami w tkankę, znowu naśladowały jej ból. Ból, który kierował na nią wszelkie reflektory, ludzi, który był najlepszą reklamą. Który sprowadzał nieszczęście i gubił człowieka takiego jak ja.
I nie wiem, czy to fatum moje, ale zgubiłem się w owym lesie, tak silnie o tym myślałem. W zasadzie, dylematy na temat Tej Osoby prysły w tym momencie. Mróz otrzeźwia przecież szybko - jednak w tym przypadku niedostatecznie mocno...
Nawet nie pamiętam o czym myślałem, kiedy przysiadłem pod jakimś drzewem ze zmęczenia i zimna. Zdawałem sobie sprawę z tego wszystkiego... Ale są jednak ludzkie ograniczenia, których przekraczać nie należy - owocuje to tragicznymi skutkami. Swoją dawkę cierpienia na ten wieczór przekroczyłem stanowczo. Wstrzyknąłem sobie to całe uczucie, całą esencję tego, co zbierało się już od dłuższego czasu. W zasadzie było wszystko jedno. kiedy poczuję się zbyt dużo, trzeba to odbić. Nie czuć - zimna, złości, życia. Czy chciałem, czy nie, mogłem tam zdechnąć z tego całego nieczucia i nie robiło mi to różnicy. Znieczulenie więc w końcu nadeszło, wreszcie zaczęło działać, tak jak to bywa - pod koniec zabiegu...
środa, 28 listopada 2007
Subskrybuj:
Posty (Atom)